Blog
Na początku był prosty plan
Na początku był prosty pomysł: muszę zacząć inwestować.
Muszę zbudować jakąś formę niezależności finansowej, żeby w razie problemów zawodowych nie przeżywać ponownie stresu, który kiedyś już znałem — wtedy, gdy moja sytuacja w pracy była bardzo niepewna z uwagi na zawirowania po stronie klienta firmy, dla której pracowałem.
Potem dość szybko powstał prosty plan.
Miałem wtedy 34,3 roku i założyłem, że jeśli będę odkładał 2500 zł miesięcznie na inwestycje emerytalne na giełdzie, a średni wynik wyniesie 8% netto rocznie, to po około 30,4 latach, czyli mniej więcej w wieku 65 lat, uzbiera się z tego około 4 mln zł. A gdzieś po drodze powinna pojawić się także ta oczekiwana stabilizacja, nazywana niezależnością finansową.
I przez pewien czas dokładnie tak to wyglądało.
Tyle że już po kilku latach zauważyłem, że w praktyce nie mam problemu z odkładaniem więcej niż 2500 zł miesięcznie.
Już w drugim roku tej drogi odkładałem średnio ponad 5000 zł miesięcznie, a w kolejnych latach ta średnia rosła dalej — aż do prawie 10 000 zł miesięcznie obecnie.
Do tego doszły proste, ale rozsądne decyzje: wykorzystanie PPK, później PPE, IKE i IKZE, które same w sobie dorzuciły dodatkowe punkty procentowe do efektywności całego planu. Nawet moje własne decyzje inwestycyjne — wybór tej, a nie innej spółki — też dołożyły swoje. Bez spektakularnych fajerwerków, ale jednak z dodatnim wpływem.
W efekcie po 8 latach oszczędzania i inwestowania mam dziś około 25% tego pierwotnego celu.
Dla porównania: gdybym trzymał się wyłącznie pierwotnych założeń (2500 zł na miesiąc i te 8%), miałbym dziś około 14% celu. Innymi słowy — do obecnych 25% powinienem był dojść dopiero za około 8 lat, czyli gdzieś na przełomie 2033 i 2034 roku.
Kiedy cel zaczął się przesuwać
I właśnie gdzieś po drodze, nawet nie wiem dokładnie kiedy, cel się zmienił.
Oszczędzanie i inwestowanie przestało być tylko odkładaniem na emeryturę i budowaniem przy okazji niezależności finansowej.
Zaczęło się to stopniowo przesuwać w stronę FIRE.
Dziś, patrząc na zgromadzony kapitał i moje wydatki, zakładając bardzo konserwatywnie, że inwestycje będą dawały jedynie wynik równy inflacji — czyli bez realnego zysku — mam już odłożone około 8 lat wygodnego FIRE dla mojej rodziny. Piszę „wygodnego”, bo zakładam tu wydatki wyższe niż obecne.
A przecież moja emerytura zacznie wpadać za około 23 lata, a emerytura żony za około 20 lat.
Zawsze pracowałem na etacie i zarabiałem całkiem dobrze. Sprawdzałem nawet, ile wyniesie moja przyszła emerytura w dzisiejszych pieniądzach — i wychodzi na to, że pokrywałaby moje wydatki. Czyli tak naprawdę do domknięcia całej układanki brakuje już nie aż tak wiele. Część tego czasu po prostu sama minie, a w międzyczasie nadal będę regularnie dokładał środki do inwestycji.
To oznacza, że przy bardzo konserwatywnych założeniach — wręcz takich, w których realna stopa zwrotu wynosi zero — ten cel powinien zostać osiągnięty już za maksymalnie kilka lat.
I co wtedy?
No właśnie.
Bo znów okazało się, że cel przestał mieć swój dawny urok, zanim jeszcze został w pełni osiągnięty.
Gdy pojawia się nowa meta
Gdzieś po cichu, między jedną myślą a drugą, pojawił się kolejny, większy plan. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie. Po prostu któregoś dnia zauważyłem, że dziś rozpala mnie już coś innego.
Bo samo inwestowanie stało się dla mnie czymś więcej niż tylko drogą do celu.
Stało się trochę drugim etatem — ale takim „hobbystycznym”, pracą, do której idzie się w podskokach. Taki klasyczny „tap dancing to work”.
I wtedy pojawia się pytanie:
A co, jeśli zamiast przechodzić na FIRE, zbudować sobie samemu własną przyszłość?
Bo przecież na tym FIRE i tak nie będę leżał na plaży z drinkiem i słomką.
Szczerze mówiąc, po paru dniach chyba by mnie trafiło. Trzeba w życiu coś robić.
I właśnie tu pojawia się nowa wizja.
Może kiedyś własne coś — w stylu amerykańskich family office — mogłoby stać się wehikułem, który z jednej strony pozwoli sprawnie zarządzać rosnącym majątkiem, a z drugiej będzie po prostu moim własnym miejscem pracy na przyszłość.
Oczywiście w polskich realiach takie „family office” pewnie musiałoby przybrać formę jakiejś struktury prawnej: spółki, działalności gospodarczej, a może nawet fundacji rodzinnej, która pod inwestowanie wydaje się wręcz stworzona. Problemem nie jest tu raczej sama forma, tylko skala — bo dopiero odpowiednio duży majątek pozwala sprawić, żeby koszty stałe miały szansę rozpłynąć się w morzu kapitału, ale to znów tylko kwestia czasu.
Meta nie jest metą
I kiedy patrzę dziś na to wszystko z góry, widzę bardzo wyraźnie jedną rzecz:
Meta nie jest metą.
Cele bardzo szybko się przesuwają, a hedoniczna adaptacja działa nawet wtedy, gdy celem jest oszczędzanie, inwestowanie albo budowanie bezpieczeństwa finansowego.
I absolutnie się za to nie krytykuję, wprost przeciwnie.
Rozumiem, że właśnie tak działa ludzki mózg.
To jedno z najbardziej typowych zjawisk, jakie człowiek przeżywa w swoim życiu. Nieważne, co uda się osiągnąć — w głowie i tak bardzo szybko zaczyna kiełkować kolejny cel. Nieważne, dokąd dojdziemy — do nowego poziomu po prostu się przyzwyczajamy.
I jest w tym dla mnie coś pięknego.
To właśnie ten mechanizm wyciągnął ludzkość najpierw z sawanny, potem z jaskiń, później popchnął ją w stronę cywilizacji, technologii i kosmosu — i nadal pcha ją dalej.
Z drugiej strony zdolność ludzkiego mózgu do przystosowania się jest wręcz zaskakująca.
Potrafimy przywyknąć zarówno do bardzo trudnych warunków, żeby przetrwać, jak i do dużo lepszych warunków, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały nam się szczytem marzeń. A kiedy już tam dotrzemy, bardzo szybko pojawia się pytanie:
Czy nie da się pójść jeszcze dalej?
Droga, nie punkt końcowy
Ostatecznie ponoć to droga jest celem.
Ponoć to właśnie proces jest tym, na czym warto się skupiać i z czego warto czerpać radość.
Więc po prostu podążam swoją drogą.
Drogą, która raz na jakiś czas bierze duży zakręt, jeśli chodzi o obrany cel. I szczerze mówiąc — nie przejmuję się tym szczególnie.
Podążam za obecnym celem, ale wiem też, że życie jeszcze nieraz mnie zaskoczy.
Cele znowu się zmienią.
Może będą większe.
Może mniejsze.
A może zupełnie inne.
I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze.
Nie mogę się doczekać, żeby przekonać się, dokąd ta droga mnie zaprowadzi.
Dlatego dziś po prostu stawiam kolejny krok.
Pozdrawiam wszystkich, którzy są na podobnej — niekoniecznie inwestorskiej — drodze.
Nie ma większego znaczenia, jaki jest dziś Wasz cel.
On i tak się zmieni.

