Blog

Od kilku lat dążę do osiągnięcia FIRE, czyli finansowej niezależności, która pozwoliłaby mi zakończyć pracę zawodową i utrzymywać się z kapitału zgromadzonego wspólnie z żoną. Przez długi czas miałem w głowie konkretną kwotę, którą chciałem osiągnąć, zanim przestanę pracować.
Dzisiaj zastanawiam się jednak, czy ta kwota nadal ma sens.
Co ciekawe, nie dlatego, że nagle uznałem, że potrzebuję więcej pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Zacząłem się zastanawiać, czy nie potrzebuję ich mniej.
Liczba, która wzięła się z matematyki
Moja pierwotna kwota FIRE powstała bardzo dawno temu, właściwie na samym początku mojej drogi związanej z oszczędzaniem i inwestowaniem.
Chciałem wtedy sprawdzić, co jest w ogóle możliwe. Założyłem, że będę regularnie odkładał określoną kwotę, którą uważałem za możliwą do oszczędzania bez większego wysiłku. Następnie przyjąłem umiarkowaną, moim zdaniem realną do osiągnięcia w długim terminie, stopę zwrotu z inwestycji. Bez żadnych fajerwerków.
Policzyłem, ile pieniędzy mogłoby się w ten sposób zgromadzić do 65. roku życia.
I wynik tego obliczenia stał się moim celem.
Nie był to jednak cel wynikający z tego, ile pieniędzy rzeczywiście potrzebuję do życia. Nie wynikał z mojego budżetu, planowanych wydatków ani konkretnego stylu życia, który chciałbym prowadzić po zakończeniu pracy.
Była to po prostu liczba wynikająca z matematyki procentu składanego i możliwych do osiągnięcia oszczędności.
Na początku mojej drogi nie miałem jeszcze odpowiedniej wiedzy ani doświadczenia. Nie wiedziałem, jak w przyszłości będą wyglądały moje dochody, wydatki czy możliwości oszczędzania. Nie wiedziałem też, jak będą wyglądały moje wyniki inwestycyjne.
Ta rzeczywistość dopiero miała powstać.
Mimo to wyznaczona w ten sposób liczba bardzo mocno zakotwiczyła się w mojej głowie.
Rzeczywistość okazała się lepsza od założeń
Przez kolejne lata zacząłem oszczędzać i inwestować. Z czasem okazało się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej niż moje pierwotne założenia.
Po pierwsze, moje wyniki inwestycyjne okazały się lepsze od założonej wcześniej stopy zwrotu. Oczywiście nie oznacza to, że każdego roku osiągam ponadprzeciętne wyniki. Chodzi o średnią w wieloletnim okresie.
Po drugie, jestem w stanie oszczędzać znacznie więcej, niż zakładałem na początku.
Moje dochody wzrosły. Pojawiły się podwyżki i premie. Z czasem wdrożyłem również kilka elementów bardziej oszczędnego stylu życia i ograniczyłem część niepotrzebnych wydatków.
Wszystko to sprawiło, że kwota, którą jestem dziś w stanie miesięcznie przeznaczać na inwestycje, jest kilkakrotnie większa niż pierwotnie zakładałem.
W efekcie wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie.
Mam dziś większy kapitał, niż wynikałoby to z mojego pierwotnego planu, a jednocześnie dokładam do niego co miesiąc znacznie więcej, niż ten plan zakładał.
Jeżeli więc dzisiaj zaczynam liczyć wszystko od nowa, przyjmując mój obecny majątek, obecne oszczędności oraz tę samą, umiarkowaną stopę zwrotu, którą zakładałem wiele lat temu, otrzymuję zupełnie inny wynik.
Kwotę, którą pierwotnie planowałem osiągnąć dopiero w wieku 65 lat, jestem obecnie w stanie osiągnąć kilkanaście lat wcześniej.
Od zwykłego oszczędzania do FIRE
W pewnym momencie mój pierwotny plan zaczął więc ewoluować.
Początkowo zakładałem po prostu, że będę oszczędzał i inwestował do 65. roku życia. Wtedy osiągnę określony majątek i będę mógł przejść na emeryturę jako bogaty człowiek.
Z czasem ten plan zaczął przypominać coś zupełnie innego.
FIRE.
Skoro jestem w stanie oszczędzać więcej, niż zakładałem, a moje inwestycje dodatkowo pracowały dotychczas lepiej, niż zakładałem, to dlaczego miałbym czekać do 65. roku życia?
Zacząłem więc liczyć, kiedy mógłbym osiągnąć finansową niezależność.
Jednocześnie nie chciałem opierać całego planu na bardzo optymistycznych założeniach dotyczących przyszłych wyników inwestycyjnych. To, że do tej pory osiągałem określone stopy zwrotu, nie oznacza przecież, że będę osiągał je również przez kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.
Dlatego w obliczeniach nadal stosuję tę samą, pierwotnie przyjętą, umiarkowaną stopę zwrotu.
Problem pojawił się gdzie indziej.
Ile właściwie potrzebuję na FIRE?
Naturalnym punktem odniesienia stała się dla mnie reguła 4%.
W dużym uproszczeniu można przyjąć, że majątek odpowiadający około 25-krotności rocznych wydatków pozwala na wypłacanie około 4% portfela rocznie.
Do tej zasady zawsze podchodziłem jednak z pewną ostrożnością.
Wolałem mieć większy kapitał i większy margines bezpieczeństwa. Jeżeli z prostych obliczeń wynikało, że mógłbym osiągnąć FIRE przy wykorzystaniu 4%, nie oznaczało to dla mnie automatycznie, że właśnie wtedy powinienem zakończyć pracę.
Mam przecież świadomość ograniczeń tej reguły. Została ona opracowana na podstawie historycznych danych dotyczących amerykańskiego rynku i określonego, około 30-letniego horyzontu. Ja nie żyję w Stanach Zjednoczonych, a mój potencjalny okres korzystania z portfela może być znacznie dłuższy.
Wolałem więc poczekać.
Moim domyślnym punktem odniesienia pozostawała ta pierwotna, bardzo konserwatywna kwota.
Tyle że dzisiaj jej osiągnięcie jest już znacznie bliżej.
Przy obecnym majątku, obecnym poziomie oszczędności i umiarkowanych założeniach dotyczących stopy zwrotu wychodzi mi, że osiągnięcie tej kwoty może być kwestią około kilku najbliższych lat.
W zależności od przyjętych założeń mówimy mniej więcej o 5–6 latach.
I właśnie wtedy zacząłem zadawać sobie pytanie, które wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy:
A co, jeśli wcale nie muszę tyle czekać? Co, jeśli da się to bezpiecznie zrobić wcześniej?
Co, jeśli wystarczy 75% mojego pierwotnego celu?
Zacząłem więc sprawdzać, co stanie się, jeżeli mój cel FIRE zmniejszę.
Nie o połowę. Nie do poziomu wynikającego bezpośrednio z reguły 4%.
Na przykład o 20–25%.
Jeżeli zamiast pierwotnego celu oznaczonego jako X przyjąłbym na przykład 75% X, moment osiągnięcia FIRE przesuwa się wyraźnie wcześniej.
Zamiast czekać około 5–6 lat, mógłbym potencjalnie przejść na wcześniejszą emeryturę za około 3–4 lata. Przy jeszcze niższej kwocie różnica byłaby oczywiście większa. Przechodzę na FIRE 2 lata wcześniej.
I tutaj pojawiła się kolejna rzecz, która skłoniła mnie do dalszych przemyśleń.
Przy takim niższym poziomie kapitału nadal nie musiałbym opierać swojego FIRE na wypłacie 4% rocznie. Byłbym nadal poniżej tego poziomu — w okolicach 3%, a być może nawet nieco poniżej.
Czyli wciąż pozostawałbym po konserwatywnej stronie.
A co z tym, co będzie później?
To jednak nie był koniec moich rozważań.
Zacząłem się zastanawiać, co stanie się z portfelem po przejściu na FIRE.
Dzisiaj, kiedy pracuję, sytuacja jest prosta. Zarabiam pieniądze, część wydaję, a większą część inwestuję. Portfel rośnie dzięki dwóm źródłom: nowym wpłatom i wynikom inwestycyjnym.
Po przejściu na FIRE sytuacja się zmienia.
Nie dokładam już nowych pieniędzy. Wręcz przeciwnie — zaczynam wypłacać środki z portfela na pokrycie swoich wydatków.
W modelu zakładam jednak określoną średnioroczną stopę zwrotu. Jeżeli jest ona wyższa od poziomu wypłat, portfel mimo wypłacania pieniędzy nadal może rosnąć.
Oczywiście rzeczywistość nie będzie wyglądała tak idealnie jak model. Nie będzie stałej stopy zwrotu każdego roku. Pojawią się wzrosty, spadki, okresy bessy i hossy.
Mimo to sam mechanizm jest dla mnie bardzo interesujący.
Chcę wiedzieć, jak przejście na FIRE wpłynie na mój portfel. Czy zabiję magię procentu składanego, czy tylko ją przyduszę? A może wpływ będzie praktycznie niezauważalny?
Paradoksalnie chciałbym, aby nawet po przejściu na FIRE mój majątek nadal rósł. Nie chcę, aby konieczność finansowania mojego stylu życia z portfela całkowicie zabiła efekt procentu składanego.
Jeżeli portfel po przejściu na FIRE nadal rośnie, pojawia się więc kolejne pytanie:
Jak dużego kapitału rzeczywiście potrzebuję w momencie rozpoczęcia FIRE?
Zacząłem więc sprawdzać również, co stanie się z majątkiem w długim terminie.
I tutaj pojawiło się kolejne zaskoczenie.
Nie muszę mieć wszystkiego od razu
Załóżmy, że przechodzę na FIRE z mniejszym kapitałem.
W dalszym ciągu portfel pracuje. W dalszym ciągu generuje zwrot. Jednocześnie finansuję z niego swoje życie.
Jeżeli założenia dotyczące stopy zwrotu i poziomu wypłat są odpowiednie, portfel z czasem może nadal rosnąć.
I zacząłem to liczyć.
Okazało się, że jeżeli zamiast przejść na FIRE później z dużym kapitałem, przejdę wcześniej z mniejszym, to osiągnięcie tego większego poziomu majątku po przejściu na FIRE może nastąpić niewiele później.
W moich uproszczonych modelach różnica wynosiła czasami zaledwie 1–2 lata.
Te lata są oczywiście istotne, ale trzeba też spojrzeć na to w odpowiednim kontekście.
Jeżeli alternatywą jest przepracowanie kilku dodatkowych lat tylko po to, aby rozpocząć FIRE z większym kapitałem, który i tak w kolejnych latach może zostać zgromadzony już po zakończeniu pracy, zaczynam się zastanawiać, czy taka dodatkowa ostrożność rzeczywiście jest warta swojej ceny.
Zwłaszcza że wszystkie te obliczenia są tylko modelem.
Moje założenia dotyczące przyszłych stóp zwrotu, inflacji, wydatków czy możliwości dalszego oszczędzania mogą okazać się błędne. Rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej.
I właśnie dlatego różnica dwóch czy trzech lat w modelu może mieć mniejsze znaczenie, niż początkowo mi się wydawało.
Najtrudniej zmienić cel, który sami sobie stworzyliśmy
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego.
Przez lata traktowałem tę pierwotną kwotę jako bardzo mocną kotwicę.
Była moim celem.
Mimo że od początku była tylko wynikiem matematycznego modelu, z czasem zacząłem traktować ją niemal jak obiektywną granicę, po której przekroczeniu mogę powiedzieć: „teraz jestem gotowy”.
Dopiero teraz zauważyłem, że tak naprawdę nigdy nie odpowiedziałem sobie na podstawowe pytanie:
Ile pieniędzy rzeczywiście potrzebuję, żeby uznać, że jestem finansowo niezależny?
Zamiast tego przez lata odpowiadałem na inne pytanie:
Ile pieniędzy wynikało z mojego starego modelu?
To nie jest to samo.
Mój dawny cel został ustalony w momencie, kiedy dopiero zaczynałem swoją drogę. Nie miałem wtedy odpowiedniego doświadczenia, nie znałem swoich przyszłych dochodów, wydatków ani możliwości oszczędzania. Nie wiedziałem nawet, jak będzie wyglądało moje życie za kilka czy kilkanaście lat.
Dzisiaj te niewiadome są znacznie mniejsze.
Mam doświadczenie. Znam swoje wydatki. Znam swoje możliwości oszczędzania. Mam już historię inwestowania i wiem znacznie więcej o tym, jak wygląda moje podejście do ryzyka.
Dlatego wydaje mi się naturalne, że również mój cel powinien zostać ponownie przemyślany.
Dziwne uczucie: zamiast odkładać FIRE, zacząłem je przyspieszać
W świecie FIRE bardzo często mówi się o tym, że ludzie odwlekają moment przejścia na finansową niezależność.
Bo jeszcze trochę.
Jeszcze większy portfel.
Jeszcze większy margines bezpieczeństwa.
Jeszcze kilka lat pracy.
Sam przez długi czas myślałem podobnie.
Tym bardziej zaskoczyło mnie, że mój własny tok rozumowania poszedł w przeciwnym kierunku.
Zacząłem zastanawiać się, czy mogę przyspieszyć FIRE.
Nie dlatego, że chcę podjąć większe ryzyko. Nie dlatego, że praca zaczęła mi przeszkadzać albo nie mogę się doczekać wcześniejszej emerytury. Nic z tych rzeczy.
Wręcz przeciwnie.
Nadal chcę zachować duży margines bezpieczeństwa. Nadal nie zakładam w swoich obliczeniach wyjątkowo wysokich stóp zwrotu. Nadal chcę mieć kapitał, który pozwoli mi spokojnie finansować życie.
Po prostu zacząłem się zastanawiać, czy potrzebuję aż tak dużej nadwyżki bezpieczeństwa, jaką przez lata zakładałem.
Być może przez długi czas byłem przywiązany nie do rzeczywistej potrzeby, ale do liczby, którą kiedyś sam sobie wymyśliłem.
Nie wiem jeszcze, jaka będzie moja ostateczna liczba
Nie oznacza to oczywiście, że podjąłem już decyzję o przejściu na FIRE przy określonej kwocie.
Wręcz przeciwnie — nadal mam więcej pytań niż odpowiedzi.
Nie wiem, jak będą zachowywały się rynki. Nie wiem, jakie stopy zwrotu uda mi się osiągnąć. Nie wiem również, czy nadal będę chciał całkowicie przestać pracować.
Jednocześnie nie czuję się już całkowicie zależny od pracy i na pracę patrzę zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. W sytuacji, gdy inwestycje w portfelu zarabiają przez kilka lat z rzędu więcej niż całe roczne wydatki, trudno patrzeć na pracę dokładnie tak samo jak wcześniej.
Wiem natomiast, że mój pierwotny cel FIRE nie jest już dla mnie tak oczywisty jak kiedyś.
I chyba właśnie to jest najważniejszy wniosek z całego tego ćwiczenia.
Cel, który wyznaczyliśmy sobie wiele lat temu, nie musi być dobrym celem dziś.
Czasami warto wrócić do jego źródeł i zastanowić się, dlaczego właściwie chcemy osiągnąć właśnie tę konkretną liczbę.
Może okaże się, że jest ona dobrze przemyślanym celem.
Ale może też okazać się, że jest tylko pozostałością po założeniach, które dawno przestały odpowiadać naszej rzeczywistości.
W moim przypadku chyba właśnie zaczynam odkrywać tę drugą możliwość.
I paradoksalnie największym zaskoczeniem nie jest to, że FIRE może być bliżej, niż myślałem.
Największym zaskoczeniem jest to, że po tylu latach budowania majątku po raz pierwszy poważnie zastanawiam się, czy nie powinienem mieć celu niższego, zamiast wyższego.
